VFX-1 Virtual Reality

Zanim kupiłem pierwsze gogle Oculusa w 1996 roku miałem okazję przez tydzień testować hełm wirtualnej rzeczywistości VFX-1. Wtedy była to taka nowość że wielu graczy dałoby się za niego pociąć w talarki. Pewnie do chwili kiedy zasiedliby w nim po raz pierwszy do partyjki w Doom-a. Otóż hełm mimo iż nie był ciężki (ważył około kilograma) to był dosyć nieporęczny i niewygodny. Maksymalna rozdzielczość jaką można było uzyskać na wyświetlaczu to 640×480 bodajże w 256 kolorach. Szału nie było choć w 1996 roku nadal była to rozdzielczość standardowa dla większości graczy. To co wystarczało na ekranie monitora CRT wyglądało już o wiele gorzej na wyświetlaczach VR. Hełm za pomocą wielu czujników śledził nasze ruchy ale… działało to strasznie topornie. Zwłaszcza w pionie i poziomie. Odświeżanie… to był główny powód tego że nasz błędnik po 15 minutach gry dostawał kręćka a my mieliśmy ochotę zwrócić całą treść żołądka. Przede wszystkim gry w które można było na nim grać nie były VR ale były po prostu podwójnie wyświetlane na ekranach LCD hełmu. Obraz który widzieliśmy był płaski. Nie miał żadnej głębi. Coś w stylu dzisiejszego trybu BIG SCREEN w Oculusach. Pole widzenia było bardzo małe a immersja praktycznie żadna.
Już samo uruchomienie go było katorgą. Hełm posiadał własną kartę (PCI) którą trzeba było zamontować w komputerze (kto wtedy słyszał o portach USB 🙂 i tu zaczynały się schody. Otóż sprzęt ten był bardzo kapryśny co do kart graficznych. Zaczynałem chyba od S3 trio a skończyłem na Tridencie z którym w końcu po wielu godzinach udało mi się sprzęt uruchomić. Do hełmu dodawano specjalny kontroler o nazwie cyberpuck który był swoistym joystickiem i myszką w jednym. Największe rozczarowanie nastąpiło kiedy odpaliłem pierwsze gry. Zacząłem od Descenta i okazało się że obraz który widzę przed sobą obiega daleko od rozdzilczości 640×480 pikseli. Doczytanie się jakichkolwiek napisów było niemal niemożliwe. Testowałem go na dosyć mocnej na tamte czasy konfiguracji (486 DX100 – podkręcone na 133mhz, Trident i 4 mb ram) a mimo to gra chodziła dosyć topornie i po dziesięciu minutach o mało nie puściłem pawia. Potem odpaliłem DOOM i tu było już lepiej ale obraz był niewyraźny (chyba za sprawą soczewek). Najlepiej wyglądało Magic Carpet i była to gra w którą grałem na tym sprzęcie najdłużej.
Sprzęt był totalnym niewypałem. Bardzo kosztownym niewypałem bo jego cena oscylowała w 1996 roku na granicy 4-5 tysięcy. Sprzęt ogarnąłem w niedzielę a już we wtorek wieczorem leżał koło komputera nieużywany. Przez ten czas przez mój pokój przewinęło się wielu kolegów zafascynowanych VR ale po pół godziny ich zapał stygnął do temperatury pokojowej. Kiedy oddawałem sprzęt cieszyłem się że nie było mnie wtedy na niego stać i nie dałem się nabić w butelkę. Szał na VR trwał jakiś rok. Pojawiła się nawet konkurencja dla VFX-1 która była o wiele lepsza i nawet kiedyś udało mi się przez chwilę na niej zagrać. Potwierdzam. Ten drugi hełm był o wiele lepszy. Niestety nie pamiętam już nazwy tego drugiego ustrojstwa. To że piszę LEPSZY nie znaczy wcale że był dobry. Po prostu działał lepiej i obraz wydawał się lepszy. Nadal była to jednak tylko kosztowna ciekawostka którą można było zainteresować gości na pół godziny.
Gier na ówczesne hełmy VR było śmiesznie mało.
Doom, Heretic, Hexen, Magic Carpet, Doom czy Quarantine. Niby można było odpalić na nim też inne tytuły ale bez śledzenia ruchów głowy mijało się to z celem. Początki VR były więc ciężkie i nie zapowiadały żadnej rewolucji. Zresztą musieliśmy na nią czekać niemal dwie dekady. Dziś VFX-1 można kupić na przykład na Ebay czy Allegro. Problem w tym że trzeba dokupić do niego także komputer na którym by działał. Czy warto spróbować VR z 1996 roku w AD 2021? 🙂 Odpowiedzcie sobie na to sami.
Tom Rollauer